Zielona na (eko)wakacjach 2014 | Zielona wśród ludzi

1 września 2014

Zielona na (eko)wakacjach 2014

Wczoraj wróciłam do Poznania po prawie miesięcznej nieobecności (nie licząc jednej nocy na przepakowanie plecaka i podlanie kwiatów). Niestety nie leniłam się cały miesiąc, bo swoją pracę wożę ze sobą w plecaku i najpilniejsze zlecenia dopadło mnie nawet w Zakopanem, ale odpoczęłam przynajmniej od dużego miasta, huku samochodów i smrodu spalin. Większość czasu spędziłam w rodzinnym domu na mazurach, dużo czasu pochłaniali mi też siostrzeńcy, więc czasu na blogowanie brakło. Powoli nadrabiam zaległości, zacznę od pokazania co ciekawego udało mi się zobaczyć w tym czasie.

W połowie sierpnia dołączył do mnie niemąż i jak co roku bawiliśmy się na Ostróda Reggae Festival. Koncerty jak zawsze były pierwszorzędne, bas ponownie wstrzymywał oddech w płucach. Pogoda niestety była nienajlepsza, a oferta gastronomiczna fatalna. W zeszłym roku zajadałam się całkiem przyzwoitym falafelem, w tym roku wegetarianie i weganie musieli o prowiant zatroszczyć się sami. Raz skusiłam się na naleśnika z hummusem, który składał się praktycznie z samej cebuli, następnego dnia na teren festiwalu przybyłam z własnymi kanapkami.



W tym roku Carlsberg zorganizował na terenie festiwalu EkoStrefę. Za oddanie kilku pustych kubków i puszek po piwie można było zgarnąć gadżety. Pierwszego dnia, kiedy wybór nagród był największy, teren festiwalu był czyściutki jak nigdy dotąd, w końcu tańcząc pod sceną nie potykałam się o śmieci. Pomysł bardzo fajny, na pewno ułatwił pracę wchodzącej po koncertach ekipie sprzątającej, szkoda tylko, że organizatorzy festiwalu wybrali takie kiepskie piwo. Nie można było wesprzeć jakiegoś polskiego browaru? Na przykład lokalnego Kormorana?











































Kilka dni przed festiwalem udało mi się wyrwać z mamą na krótką (30 km) wycieczkę rowerową. Pamiętacie tory, które pokazywałam Wam w tym wpisie? Zostały rozebrane i przerobione na ścieżkę rowerową. W Miłomłynie spotkałyśmy lampy solarne oświetlające brzeg kanału Ostródzko-Elbląskiego.











































Ostatni tydzień sierpnia spędziliśmy z niemężem w Zakopanem. Decyzję podjęliśmy spontanicznie, w planach mieliśmy Muszynę, ale odstraszyły nas problemy z dojazdem. Na stronie Bla Bla Car znalazłam ofertę przejazdu z Poznania do Zakopanego i decyzja w błyskawicznym tempie została zmieniona:) Na jedną noc wróciliśmy do stolicy Wielkopolski (udało nam się załapać na ofertę Super Bilet :D), przepakowaliśmy plecaki i następnego dnia już jechaliśmy w góry. Nasz kierowca punktualnie zjawił się na umówionym miejscu, bez problemu wpakował do bagażnika nasze ogromne plecaki i dowiózł nas w jednym kawałku trzy godziny szybciej niż pociąg. Pogodę w Zakopanem mieliśmy bardzo zmienną, jeśli narzekacie teraz na jesienną aurę, zobaczcie w jakich okolicznościach przyrody my łaziliśmy po górach :D











































Rezerwując nocleg, zależało nam na dostępie do kuchni. Niestety na miejscu okazało się, że do dyspozycji mamy tylko zlew, czajnik, lodówkę i kuchenkę mikrofalową. Żadne gorące kubki i zupki chińskie nie wchodziły w grę, na szczęście jakoś udało nam się przetrwać. Życie ratowała nam owsianka zalewana wrzątkiem, gotowe zupy z Biedronki, sojowe parówki i strączki Primaviki w pomidorowym sosie zakupione w miejscowym sklepie ze zdrową żywnością.












































Na wycieczce zabrakło rodzinnego dyktatora przewodnika w postaci mojej mamy, więc nie chodziliśmy po górach tak dużo jak zazwyczaj, udało nam się zrobić tylko trzy trasy, wypić herbatę w czterech schroniskach i raz bardzo porządnie zmoknąć.









































































W sobotę rano musieliśmy opuścić nasz pokój. Spakowaliśmy plecaki i pojechaliśmy na kilka godzin do Krakowa. Tam odwiedziliśmy MOCAK, wystawa o zbrodni w sztuce bardzo mnie zmęczyła, a niektóre eksponaty przyprawiły o takie ciary na plecach, jak jeszcze żadne muzeum (a odwiedziłam ich już całkiem sporo). Na obiad wpadliśmy do MOMO, z ich pokrętnego menu wyłowiłam naleśniki ze szpinakiem z fistaszkowym sosem. Nie tak dobre jak nieteściowej, ale całkiem smaczne.











































Po obiedzie zwiedziliśmy jeszcze kilka wystaw, na kolacje zjedliśmy najgorszego falafela w życiu (poznański Kebabistan jak na razie nie ma sobie równych) i po północy wsiedliśmy do pociągu do Poznania. Udało nam się skorzystać z promocji "Wcześniej", nasz bilet był 15% tańszy :D Po 8 rano dotarliśmy w końcu do domu, fizycznie wykończeni, ale psychicznie wypoczęci. I o to właśnie chodziło :)




A jak Wam minęły wakacje?

  1. Ależ Ci zazdroszczę Tatr... ja po raz pierwszy od lat nie pojechałam w tym roku w góry i strasznie nad tym ubolewam...
    Rudy kot dokładnie taki sam jak zwierz mojej baby sis! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też jak przynajmniej raz w roku nie pojadę w góry, to źle chodzę przez cały rok. Ale w przyszłym roku już zdecydowanie nie Zakopane, wyjątkowo zmęczył mnie ten festiwal kiczu.

    A rude koty wszystkie piękne:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękne!
      Ja też jestem nieco uczulona na Zakopane, ale zwykle ląduję gdzieś na obrzeżach przy wejściach na szlaki i centrum omijam jak mogę. Ale fakt, zrobić bazę wypadową na Słowacji jest mega fajnie: mieściny w górach ze znikomą ilością turystów. <3

      Usuń
    2. A masz jakąś Słowacką miejscowość sprawdzoną, bo ja nigdy ze Słowacji w góry nie startowałam.

      Tylko Słowacja droga się bardzo zrobiła odkąd mają euro :/

      Usuń
  3. Piękne widoki. :) Uwielbiam Tatry, chociaż w tym roku nie było mi tak dane być. Nawet mam taką samą kurtkę Bergsona. Od lat mi dobrze służy. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tej kurtki bardzo nie lubię. Nie dość, że ciepłe kolory mi nie służą, to jeszcze przy silnym deszczu przeciekają mi zamki :(
      Ale do póki się nie zniszczy, to pewnie nie kupię nowej, więc chodzę w tym, co mam :)

      Usuń
  4. Czyżby fanka reggae? :) Ja w tym roku urlopowałam w Kotlinie Kłodzkiej, Szklarskiej Porębie i Kołobrzegu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że fanka:) Na ORF pierwszy raz byłam chyba w 2003 roku :P

      Usuń
    2. Ja w tym roku nad morzę nie dotarłam:( A tak mi się marzyły klify...

      Usuń
  5. jak patrzę na Twoje zdjęcai z gór to mi serce ściska.. Byłam w nich w tym roku wyjątkowo 2x i właśnie myślę nad 3cim razem tylko na weekend. Co prawda dobija mnie ta piekielka odległość Poznań- Zakopiec, ale czego się nie robi z miłości do gór... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spakuję Cię do mojego plecaka i wio! Jedziemy nocą :)

      Usuń
    2. Nie musi być koniecznie do plecaka. Nóżki mam, sama mogę iść :)

      Usuń

Start typing and press Enter to search