Wakacje w Beskidzie Sądeckim | Zielona wśród ludzi

30 sierpnia 2018

Wakacje w Beskidzie Sądeckim

W tym roku pierwszy raz wybraliśmy się z niemężem na wakacje samochodem. Po zeszłorocznych przygodach z transportem publicznym, które opisywałam TU i TU, całkiem mnie to ucieszyło, ale jednocześnie męczyła mnie już sama wizja wielu dupogodzin spędzonych w samochodzie. Z Mazur (gdzie zostawiliśmy nasze koty) w góry jednak trochę się jedzie, dlatego całą trasę postanowiliśmy podzielić na odcinki. Pierwszy przestanek zrobiliśmy w Radomiu, gdzie odwiedziliśmy moją babcię, dopiero następnego dnia ruszyliśmy dalej na południe.

Chęciny
Zamek w Chęcinach był  naszym pierwszym przystankiem w drodze z Radomia do Krynicy. To miejsce polecił nam znajomy i lepiej nie mógł trafić. Oglądanie okolicy i samego zamku z wysokości to czysta przyjemność. Gdyby tylko słońce nas tego dnia tak niemiłosiernie nie piekło byłoby jeszcze lepiej.




Krynica Zdrój
Krynica była naszą bazą wypadową podczas całego pobytu w Beskidzie Sądeckim. Początkowo szukaliśmy noclegów w Muszynie, ale większe miasto = większa infrastruktura turystyczna i lepszy dostęp do jedzenia😀, Krynica wygrała i jako baza spisała się idealnie.

Jest mniej popularna niż Zakopane, co pozwala klasycznym introwertykom (takim jak ja!) cieszyć się praktycznie pustymi szlakami w górach. Ale jest też typowym senatoryjnym kurortem, pełnym emerytów i dancingów z dość irytującym, pełnym kiczu deptakiem. Cierpi też na typową dla polskich zdrojowych miejscowości przypadłość – brak miejskich toalet, co w przypadku uzdrowisk serwujących wysoce moczopędne wody lecznicze jest dla mnie zadziwiające. Niestety nie powiem Wam jak smakują tamtejsze wody, bo godziny otwarcia pijalni uniemożliwiają ludziom, którzy na cały dzień wychodzą lub wyjeżdżają z miasteczka skorzystanie z ich oferty. Jedyna woda jakiej udało nam się spróbować pochodziła ze Źródełka Miłości, które znajduje się na zboczu Góry Parkowej 
(w środku lasu).




Miejscowa legenda głosi, że każdy kto napije się wody z tego źródełka będzie miał szczęście w miłości. Napiliśmy się niemężem oboje, jest szansa, że się w najbliższym czasie nie pozabijamy 😀

Po Krynicy snuliśmy się raczej wieczorami, zdążyliśmy obejrzeć muzeum zabawek (ale szału nie było), wejść na Górę Parkową (na szczęście wieczorem, kiedy prawie nikogo już tam nie było) i skorzystać z wegańskiego menu w restauracji w Hotelu Prezydent. Zatrzymaliśmy się w Willi Ewa, mieliśmy dostęp do prywatnej kuchni i w zasadzie nie mieliśmy potrzeby jeść na mieście. Nawet nie spodziewałam się, że w Krynicy znajdę coś wege, ale kiedy zobaczyłam baner reklamujący kuchnię wegańską przed restauracją, postanowiła pójść tam tylko po to, żeby pokazać, że jest zapotrzebowanie na takie dania w menu hotelowych restauracji. A, że przy okazji zjadłam bardzo, bardzo smaczne Wegańskie, bezglutenowe bolognese z soczewicą (24 PLN) to już mój życiowy wygrw. Niemąż zdecydował się na Aromatyczne ratatui z ciecierzycą podane z ryżem basmati (23 PLN) i też był zadowolony. Skusiliśmy się też na ciasto marchewkowe, ale to niestety było za suche.






Drugiego dnia pobytu w Krynicy wybraliśmy się zielonym szlakiem na Jaworzynę Krynicką (mapa pokazywała, że wejście zajmuje 2h, my wchodziliśmy ok. godzinę), a później z jej szczytu również zielonym szlakiem do Muszyny (3h, zgodnie z tym co podawała mapa). I ten drugi odcinek bardzo Wam polecam. Szlak puściutki i bardzo malowniczy.

PRO TIP: Jeśli kupujecie papierową mapę jakiegoś nieznanego Wam obszaru, wybierajcie taką, która pokazuje orientacyjny czas przejścia danego szlaku turystycznego. To bardzo ułatwia planowanie wycieczki i zapobiega sytuacji, kiedy ładujecie się na trasę przewyższająca Wasze fizyczne możliwości. Dodatkowy bonus papierowej mapy jest taki, że na odwrocie możecie znaleźć spis większości atrakcji regionu. Ja dzięki mapie kupionej w Krynicy odkryłam platformę widokową w Woli Kroguleckiej, którą obejrzycie niżej.



Muszyna
Do Muszyny dotarliśmy po kilku godzinach marszu, dzień był gorący, więc bardzo cieszyło nasz źródełko Muszynianki na które natknęliśmy się chwilę po przekroczeniu granicy miasta. Zimna, lekko gazowana woda mineralna nigdy nie smakowała tak dobrze. Źródełko znajduje się nad Popradem, w którym miejscowi urządzili sobie kąpielisko. Postanowiliśmy się do nich przyłączyć i schłodzić nogi w zimnej wodzie. Pluski w rzece skończyły się tym, że utopiłam w niej telefon😳 Na szczęście niemężowi udało się go wyłowić, szybko pobiegliśmy do sklepu po worek ryżu i wrzuciliśmy do niego mój prawie nowy smatrfon. Po kilku godzinach włączył się bez problemu i po kąpieli nie został nawet ślad. Uff!

Kiedy telefon suszył się już w ryżu, poszliśmy zwiedzać Muszynę. Największe wrażenie zrobiły na mnie Ogrody Sensoryczne i tamtejsza wieża widokowa. W z zasadzie widok z tejże.







Ścieżka w koronach drzew w Bachledowej Dolinie (Słowacja)
Spacer ścieżką w koronach drzew marzył mi się od roku, czyli od czasu otwarcia ścieżki i bardzo się cieszę, że udało nam się tam dotrzeć. Widok z wieży był warty zachodu. Niestety nie udało mi się zjechać z wieży widokowej na zjeżdżalni. Z powodu trwającej obok ścieżki budowy (niedługo do ścieżki będzie można dojechać kolejką gondolową), ślizgawka została tymczasowo zamknięta.


Kiedy pokazałam zdjęcia ze ścieżki na instagramie, kilka osób pytało mnie czy z lękiem wysokości mogą się wybrać na spacer tą ścieżką. Niestety nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, ja uwielbiam oglądać świat z dużej wysokości, a w górach przerażają mnie tylko burze i chodzenie po ruszających się gołoborzach. Lekkie bujanie się ścieżki denerwowało mnie tylko dlatego, że trudniej było mi robić zdjęcia😃, ale osoby z lękiem wysokości mogą się czuć nieswojo.

Dojazd samochodem z Krynicy zajął nam nieco ponad godzinę i nie wymagał wykupowania winiety (na Słowacji część dróg jest płatna, a po winiety czasami ustawiają się duże kolejki). Samochód zostawiliśmy na parkingu w Bachledowej Dolinie i rozpoczęliśmy ok. 45-minutowy spacer do ścieżki. Podejście nie było trudne, ale mimo wszystko odradzam wchodzenie na górę w japonkach (nawet nie wiecie ilu takich śmiałków minęliśmy po drodze), bo zejście może być bolesne.

Różnica wysokości między parkingiem, a szczytem wieży widokowej na końcu kładki jest dość duża, nawet jeśli na dole świeci słońce, jeśli będziecie się tam wybierać, radzę zabrać ze sobą kurtkę z kapturem, bo chmury znad wiecznie naburmuszonej Łomnicy skutecznie obniżają temperaturę na górze, a wiatr hula dość mocno. Nie zapomnijcie też o wodzie!

Bilety na ścieżkę kosztowały nas 9 euro od osoby i kupowaliśmy je w kasie bezpośrednio przy ścieżce. Nasza wizyta na Słowacji wypadła we wtorek, kolejka do kasy nie była najgorsza, ale w weekendy gości jest podobno znacznie więcej. Marysia doniosła mi, że bilety można też kupić online na oficjalnej stronie ścieżki.







Platforma widokowa w Wili Kroguleckiej
Do Woli Kroguleckiej pewnie nigdy byśmy nie dotarli, gdyby nie zdjęcie które znalazłam na odwrocie mapy kupionej zaraz po przyjeździe do Krynicy. Sama platforma była tak fotogeniczna, że od razu nabrałam ochoty, by zobaczyć ją na żywo. Poza tym bardzo lubię oglądać świat z góry i jestem łasa na wszystkie punkty widokowe, niezależnie od tego, czy znajdują się w plenerze czy w mieście. A ten zdecydowanie był grzechu warty, widok z platformy był naprawdę bardzo ładny.

Do platformy jechaliśmy z Krynicy samochodem i niestety nie wspominam tej trasy zbyt dobrze. Zajebiście Bardzo strome, wąskie i kręte drogi to dla moich nerwów i przede wszystkim  dla mojej choroby lokomocyjnej było za dużo. Gdybym miała wybrać się tam jeszcze raz, porzuciłabym samochód w Barcicach Dolnych i dalej wspinała się pieszo. Przynajmniej miałabym poczucie, że zasłużyłam na te widoki:)





Sandomierz
W drodze powrotnej po nasze koty na Mazury zatrzymaliśmy się na jedną noc w Sandomierzu, który zauroczył nas malutkimi kamienicami, nakarmił pyszną włoską pizzą, napoił regionalnym piwem i bezalkoholowym cydrem.

Jeśli wpadniecie tam na jeden dzień jak my, darujcie sobie szlak na Góry Pieprzowe (jeśli w ogóle uda Wam się go znaleźć, my pobłądziliśmy i wylądowaliśmy w jakiś chaszczach). Lepiej zostać w centrum i przejść się lessowym wąwozem lub zwiedzić sandomierskie podziemia do których my niestety nie zdążyliśmy dotrzeć.



Pyszna włoska marinara w "Aspromonte" di Calabria i lokalne piwo w grafikami FrdoKa na etykietach. Uwielbiam jego styl i śledzę jego prace od lat. TU możecie obejrzeć więcej

  1. Introwertykom lubiącym nie tylko chodzić po górach, ale też zwiedzać i czerpać z kultury polecam Beskid Niski, a właściwie Wysową i okolice. Zamiast deptaku pełnego ludzi jest piękny park. Baza jedzeniowa jest znośna, w lokalnych restauracjach (a zwłaszcza Starym Domu Zdrojowym) można poprosić o wegańskie jedzenie, a agroturystyki mają magiczny klimat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie to wciąż nieodkryte rejony są. Ale wezmę ten kierunek pod uwagą za rok:)

      Usuń

Start typing and press Enter to search